Jedynie fejsbukizacją przekazu internetowego mogę wytłumaczyć fakt, iż dopiero teraz, dwa tygodnie po oficjalnej premierze, prezentuję w tym miejscu nową (pierwszą!) płytę zespołu Cithara Sanctorum.
A zatem, jeśli ktoś nie widział na fejsbuku, zapraszam:
Sadząc jabłonie
Gdybym wiedział, że koniec świata nastąpi jutro, dziś zasadziłbym jabłoń. (Marcin Luter)
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Pieśni Jerozolimy
Usiądźcie wygodnie! Dwie godziny prawdziwej uczty dla ucha i ducha. Pieśni jerozolimskie w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa: żydowskie, ormiańskie, arabskie, pieśni wypraw krzyżowych... Słuchając tego koncertu poczujecie wyraźnie, że wspólne źródło tradycji muzycznej Judaizmu, Kościoła Wschodniego i Zachodniego, a do pewnego stopnia rówież Islamu bije w Jerozolimie. Świątynia Salomona, a w ślad za nią synagoga dały początek tej wielkiej rzece z jej setkami odgałęzień. Najwyraźniej widać to w muzyce kościelnej Wschodu i Zachodu. Współcześnie bardzo się od siebie różni, ale im starsza, tym bardziej do siebie podobna, tym bardziej bliskowschodnia i dzika. Wszak chorał wywodzi się ze śpiewów świątynno - synagogalnych. Na muzykę świecką z kolei obrzymi wpływ miały wyprawy krzyżowe i handel lewantyński, a także panowanie maurów w Hiszpanii. Nawet bardzo europejska lutnia pochodzi od arabskiego AL-oud. Ale to długa historia...
sobota, 30 marca 2013
O Głowo, coś zraniona / Pasja Miłości / Beata Bednarz
Podczas dzisiejszego nabożeństwa wielkopiątkowego śpiewaliśmy, jak zawsze, kilka starych hymnów. Wśród nich przepękną luterańską pieśń Paula Gerhardta. utaj można posłuchać jej wwykonaniu Beaty Bednarz. Cudne.
W piątek po południu
Pośród
wielu powodów, dla których powinniśmy śpiewać psalmy, jeden
zasługuje, zwłaszcza
dziś,
na szczególną uwagę:
Jezus
ze słowami Psalmów na ustach umarł na krzyżu (Bonhoeffer).
Problem
polega na tym, że, słowa, które Chrystus wypowiada na krzyżu,
zwłaszcza te, które pochodzą z Psalmu 22, są dla nas niezbyt
zrozumiałe, a w konsekwencji trudno nam uczynić je częścią
osobistej modlitwy.
Chrystus
na krzyżu doświadczył fizycznego cierpienia, udręki duszy,
osamotnienia, pogardy i odrzucenia ze strony ludzi. To wszystko
jest
dla nas jasne i
możliwe do ogarnięcia.
Problem pojawia
się w chwili, kiedy
Chrystus woła: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”.
Czy rzeczywiście Ojciec opuścił Syna w
najczarniejszej godzinie?
Wygląda
na to, że tak. Wszak Chrystus, doskonały w swoim cierpieniu, nie
traci wiary, nie dramatyzuje, ani się nie myli.
Wszystko
wskazuje na to, że
mamy do czynienia z jedną z największych tajemnic wiary: On tego,
który nie znał grzechu, za nas grzechem uczynił, abyśmy w nim
stali się sprawiedliwością Bożą (2 Kor 5,21).
Obciążony
grzechem świata Chrystus staje się w oczach Świętego grzechem w
całej jego obrzydliwości
i jako taki zostaje oddzielony od Tego, który nienawidzi grzechu
całym Sobą. W
ten sposób Bóg objawia nam, że miłosierdzie i świętość są w
Nim jednakowo nieskończone (Kalwin).
A
zatem Chrystus, pozostając Drugą Osobą Trójcy, umiera w
samotności opuszczony przez Boga i ludzi. Sam na sam z całym
grzechem, wszelką udręką i rozpaczą świata.
Natomiast
jeśli
przeczytamy cały Psalm 22 zobaczymy, że ta historia ma swój dalszy
ciąg. Pośród udręki i bólu nie gaśnie nadzieja (Tobie
ufali ojcowie nasi, Ufali i wybawiłeś ich. Do ciebie wołali i
ratowałeś ich, Tobie zaufali i nie zawiedli się.),
a
ostatecznie
Bóg nie tylko wysłuchuje modlitwy biedaka, nie
tylko lituje się nad nim,
ale sprawia,
że cały świat zwraca się ku Niemu (Wspomną
i nawrócą się do Pana wszystkie krańce ziemi, I pokłonią się
przed nim wszystkie rodziny pogan.
Bo do Pana należy królestwo, On panuje nad narodami).
Królestwo Boże podbija narody.
Co to wszystko ma wspólne ze mną?
Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie (Gal 2,20). Tak jak On doświadczam grzechu, który oddziela mnie od Boga. Wołam do Boga, a On mnie wysłuchuje. Pośród pogardy i wrogości świata zachowuję nadzieję. Wraz z Nim już dziś umieram dla grzechu, żeby żyć dla Boga (Rz 6,3nn), oczekując śmierci i zmartwychwstania w ciele. Wraz z Nim mogę oczekiwać nieuchronnego triumfu Królestwa Bożego.
Śpiewając Psalm 22 pamiętaj: To nie jest pieśń rozpaczy, lecz nadziei. Pierwsze słowa tego psalmu, które Chrystus wypowiada na krzyżu reprezentują cały psalm. A zatem wołając "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił" Chrystus nie tylko wykrzykuje ból odrzucenia i potępienia. On jednocześnie, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, wyśpiewuje hymn zwycięstwa i radości nowego życia.
Co to wszystko ma wspólne ze mną?
Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie (Gal 2,20). Tak jak On doświadczam grzechu, który oddziela mnie od Boga. Wołam do Boga, a On mnie wysłuchuje. Pośród pogardy i wrogości świata zachowuję nadzieję. Wraz z Nim już dziś umieram dla grzechu, żeby żyć dla Boga (Rz 6,3nn), oczekując śmierci i zmartwychwstania w ciele. Wraz z Nim mogę oczekiwać nieuchronnego triumfu Królestwa Bożego.
Śpiewając Psalm 22 pamiętaj: To nie jest pieśń rozpaczy, lecz nadziei. Pierwsze słowa tego psalmu, które Chrystus wypowiada na krzyżu reprezentują cały psalm. A zatem wołając "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił" Chrystus nie tylko wykrzykuje ból odrzucenia i potępienia. On jednocześnie, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, wyśpiewuje hymn zwycięstwa i radości nowego życia.
piątek, 15 lutego 2013
Woda z mózgu
Jako konserwatysta jestem przeciwny nadawaniu związkom partnerskim statusu "paramałżeństw", a także przywilejów, z których miałyby korzystać Bóg jeden wie dlaczego.
Jako prawnika śmieszy mnie z kolei łzawa retoryka wezwań do "legalizacji" tychże związków, tak jakby rzeczywiscie były nielegalne.
Otóż są legalne, a formalizacja związku powodujaca nabycie określonych uprawnień jest prosta i tańsza niż zawarcie związku małżeńskiego.
A to oznacza, że ktoś (konkretnie: lobby homoseksualne) robi nam wodę z mózgu.
Jako prawnika śmieszy mnie z kolei łzawa retoryka wezwań do "legalizacji" tychże związków, tak jakby rzeczywiscie były nielegalne.
Otóż są legalne, a formalizacja związku powodujaca nabycie określonych uprawnień jest prosta i tańsza niż zawarcie związku małżeńskiego.
A to oznacza, że ktoś (konkretnie: lobby homoseksualne) robi nam wodę z mózgu.
sobota, 2 lutego 2013
Nunc Dimittis
„Teraz,
o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego
słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował
wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę
ludu Twego, Izraela (Łk 2,29-32BT )”
Pieśń Symeona od wieków używana
bywa jako modlitwa przed snem. Dlaczego? Ponieważ jest ona modlitwą
człowieka spełnionego, a co za tym idzie gotowego na śmierć.
Skoro „ moje
oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich
narodów”, moje życie osiągnęło swój główny cel. Spotkałem
Chrystusa. Stało się to, co najważniejsze, to
dla
czego warto było się narodzić.
Sen nazywany bywa bratem śmierci.
Nie każdemu, kto idzie spać, będzie dane się obudzić. A zatem
modlitwa przed snem powinna wyrażać moją gotowość na spotkanie z
Panem. Dlatego dobrą rzeczą jest, kładąc się spać, modlić się
słowami Symeona.
Symeon i marzyciele (kazanie na Święto Ofiarowania Pańskiego)
„Teraz,
o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego
słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował
wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę
ludu Twego, Izraela (Łk 2,29-32BT )”
„A
myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela...”
(Łk 24,27 BT)
Marzycielstwo
stanowi śmiertelne zagrożenie dla wiary. Tym groźniejsze, że
ukryte i podstępne. Nie polega bowiem na odrzuceniu wiary, lecz na
zastąpieniu jej pozornie bardzo pobożną, idealistyczną imitacją.
Bywa podobne do wiary do tego stopnia, że często można je
rozpoznać dopiero po zatrutych owocach. Marzycielstwo to
zdeformowana nadzieja, oczekiwanie dobrych rzeczy w niewłaściwy
sposób.
Człowiekiem
wiary był Symeon. Marzycielami okazali się uczniowie, których
zmartwychwstały Chrystus spotkał w drodze do Emaus.
Symeon
oczekiwał pociechy Izraela (Łk 2,25). Zawierzył Słowu Obietnicy,
zgodnie z którym miał „nie ujrzeć śmierci, aż zobaczy Mesjasza
Pańskiego”. Tego dnia, jak mówi Ewangelista, „za natchnieniem
Ducha przyszedł do świątyni.”(Łk 2,27) Zobaczył dwoje ubogich
ludzi z małym dzieckiem, w którym rozpoznał Chrystusa.
Najprawdopodobniej dziecko niczym nie różniło się od innych
dzieci w podobnym wieku, a jego pojawienie się w świątyni nie
zwróciło niczyjej uwagi. Jedynie wiara w Słowo pozwalała zobaczyć
w Nim wypełnienie Obietnicy. Przez wiarę Symeon przyjął i
rozpoznał Chrystusa takiego, jakim Go zobaczył tego pamiętnego
dnia: ubogiego, po niemowlęcemu nieporadnego i całkowicie zależnego
od innych, w swej dziecięcej postaci. Był gotów przyjąć Go
jednocześnie jako tego, któremu „sprzeciwiać się będą” (Łk
2,34) i z powodu którego duszę Jego matki „przeniknie miecz”
(Łk 2,36), a także jako „światło na oświecenie pogan i chwałę
Izraela” (Łk 2,32). Spoglądając na Jezusa oczyma wiary mógł
zobaczyć wszystko w jednej chwili: ubóstwo i poniżenie, hańbę
krzyża i chwałę zmartwychwstania. Bo wiara pozwala zobaczyć to,
czego jeszcze nie widać (Hebr 11), a potem z cierpliwością tego
oczekiwać, nie poddając się zniechęceniu.
Uczniowie
chodzili z Jezusem trzy lata. Widzieli znaki i cuda. Rozpoznali w Nim
Wybawcę narodu. Doznali jednak zawodu, kiedy okazało się, że
Chrystus nie przepędził Rzymian i nie odnowił królestwa Dawida w
sposób, który odpowiadałby ich oczekiwaniom.
Symeon
podążał za Słowem (tym, co pochodzi od Boga), uczniowie za swoimi
marzeniami (tym, co pochodziło od nich). On doznał spełnienia, oni
frustracji.
Luter
nazywał marzycielami zwolenników Karlstadta i innych radykałów,
którzy w czasach Reformacji zamiast reform pragnęli rewolucji.
Zamiast oczyścić kościół chcieli go zbudować na nowo, a na
gruzach panującego systemu społeczno-politycznego zaprowadzić,
rzekomo w imię Ewangelii, raj na ziemi.
Bonhoeffer
nazywał marzycielami ludzi, którzy zamiast kochać kościół takim
jakim jest, pielęgnują swoje wyobrażenie o kościele idealnym, a
zamiast oczekiwać od kościoła tego, co Bóg obiecał w kościele i
poprzez kościół nam ofiarować, oczekują spełnienia własnych
„pobożnych” pragnień i wyobrażeń.
Wiara
i marzycielstwo to dwie postawy, dwa sposoby na jakie możesz przyjąć
Chrystusa i kościół (Jego Ciało na ziemi). Wiara oczekuje od
Chrystusa i Kościoła tego, co zostało nam w Chrystusie i Kościele
obiecane. Marzycielstwo żąda spełnienia marzeń, tęsknot i
pragnień. Wiara oczekuje właściwych rzeczy we właściwym czasie:
zbawienia w Chrystusie i chrześcijańskiego braterstwa, społeczności
Słowa i sakramentów w kościele. Marzycielstwo w najbardziej
rozpowszechnionej współcześnie postaci domaga się, aby Chrystus
niezwłocznie rozwiązał wszystkie nasze problemy, a kościół
w doskonały sposób, całkowicie zaspokoił wszelkie nasze,
często bardziej emocjonalne niż duchowe potrzeby, spełnił
subiektywne oczekiwania i wyobrażenia na temat tego, czym jest, albo
nie jest chrześcijańska wspólnota. I tak jak w naszych
oczekiwaniach wobec Chrystusa potrafimy powściągnąć swoje
marzycielstwo (wszak nie wypada czynić JEMU wyrzutów), tak wobec
kościoła poczynamy sobie zupełnie swobodnie. Zapominamy przy tym,
że nasz stosunek do Chrystusa i kościoła to dwie strony tego
samego medalu. Począwszy od dnia Wniebowstąpienia kościół jest
bowiem najbardziej namacalnym sposobem Jego obecności pośród
ludzi, Jego Ciałem na ziemi. W pewnym sensie jest on „Chrystusem”
w świecie.
Popadając
w marzycielstwo, zamiast chrześcijańskiego braterstwa oczekujemy od
kościoła przede wszystkim „dobrych relacji”, uważając przy
tym za dobre to, co miłe, a nie to, co szczere i zbudowane na
prawdzie. Zamiast „jednego Ducha” domagamy się „jednego
ducha”, zamiast społeczności w Prawdzie pragniemy wspólnoty
emocji. Tymczasem Bóg nie jest Bogiem emocji, lecz Bogiem prawdy.
Kto
chce mieć więcej niż to, co Chrystus zbudował między nami, ten
nie chce braterstwa chrześcijańskiego, lecz szuka jakichś
nadzwyczajnych przeżyć wspólnotowych (...) Braterstwu
chrześcijańskiemu zagraża niebezpieczeństwo, wewnętrzne zatrucie
- mianowicie przez zamianę braterstwa chrześcijańskiego na
życzeniowy obraz pobożnego towarzystwa, przez pomieszanie
naturalnej tęsknoty pobożnego serca za wspólnotą z duchową
rzeczywistością chrześcijańskiego braterstwa (…).
Dla
chrześcijańskiego braterstwa ważne jest, aby od pierwszych
początków było jasne, że: po pierwsze - chrześcijańskie
braterstwo nie jest żadnym ideałem, lecz Bożą rzeczywistością;
po drugie - chrześcijańskie braterstwo jest rzeczywistością
duchową, a nie psychiczną
Chrześcijańskie
braterstwo to nie jakiś ideał, który mielibyśmy realizować; to
stworzona przez Boga w Chrystusie rzeczywistość, w której możemy
uczestniczyć.
Marzycielstwo
rzuca wyzwanie
duchowej
rzeczywistości
kościoła. Widzi go i ocenia przez pryzmat marzycielskich oczekiwań.
Z tego powodu nie potrafi dostrzec duchowej rzeczywistości Ciała
chrystusowego tam gdzie,
kościół jest słaby, niedojrzały i grzeszny, bądź też jawi się
taki w oczach marzyciela. Marzyciel
nie wierzy w chrześcijańskie
braterstwo tam, gdzie go na określony przez samego siebie sposób
nie doświadcza. Jeśli
ludzie w kościele nie
okazują
mu życzliwości
i zainteresowania
w czasie i w sposób, jaki
on
uważa za właściwy, jeśli
atmosfera w kościele nie zawsze jest tak
radosna i
braterska, a relacje między ludźmi tak
zażyłe i głębokie, jak
być jego zdaniem powinny, marzyciel gorszy się i
odwraca od kościoła.
Tymczasem: Nie
doświadczenie braterstwa chrześcijańskiego wiąże nas razem, ale
mocna wiara w braterstwo. (...) W wierze jesteśmy
złączeni, a nie w doświadczeniu.
Wiara
rozpoznaje w kościele Ciało Chrystusa pomimo jego niedojrzałości
i niedoskonałości. Widzi duchową rzeczywistość tam, gdzie
zewnętrzna powłoka jest raczej odpychająca. Tam gdzie brakuje
dojrzałości, wzajemnej troski, serdeczności, dobrego słowa i
świadectwa, wiara pozwala ich z cierpliwością i nadzieją
oczekiwać. Człowiek wiary rozpoznaje bowiem, że kościół jest w
pierwszej kolejności wspólnotą prawdy, a nie emocji. Jego zadaniem
jest głosić Słowo i sprawować sakramenty, zachowując biblijną
dyscyplinę. Zastosowanie do kościoła uniwersalnej zasady
„Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a
wszystko inne będzie wam dodane” (Mt 6,33) oznacza, że na
zwiastowaniu Słowa, a nie na międzyludzkich stosunkach, rozmaitych
działaniach i aktywnościach powinien koncentrować się kościół.
Dobra, serdeczna atmosfera, i zażyłe relacje, nie powinny być
traktowane jako cel działania kościoła, ale jako oczekiwany owoc
wytrwałej służby Słowa i sakramentów.
Wiarę
i marzycielstwo rozpoznajemy po owocach. Marzyciel gardzi kościołem,
który postrzega jako słaby, grzeszny, niepasujący do życzeniowego
obrazu pobożnego towarzystwa. Odwraca się od niego i porzuca go
dla wyobrażenia o kościele idealnym, rzekomo „prawdziwym”, a w
rzeczywistości urojonym. Nie może bowiem być prawdziwym to, co nie
istnieje. Marzyciel odwraca się od konkretnej wspólnoty, kierując
ku niej żale i pretensje, a swoją „miłością” obdarza widmo
zgromadzenia doskonałego. W ten sposób, zamiast budować kościół,
niszczy go.
Kto
kocha bardziej swoje marzenie o chrześcijańskiej wspólnocie niż
sarną chrześcijańską wspólnotę, ten stanie się niszczycielem
każdej chrześcijańskiej wspólnoty, choćby osobiście sądził;
iż działa nie wiadomo jak szczerze, poważnie i pełen poświęcenia.
Marzycielstwo
zabija chrześcijańskie braterstwo, ponieważ zamiast sługą, czyni
człowieka fałszywym sędzią. Pozbawia go pragnienia i gotowości
służenia braciom. Usprawiedliwia wszelkie zaniedbanie i brak
zaangażowania. Marzyciel, będąc głęboko zawiedziony kościołem
takim, jaki widzi, nie poczuwa się bowiem do żadnych wobec niego
zobowiązań. Bywa, że marzyciel wędruje od jednej wspólnoty do
drugiej, z upodobaniem wyszukując wady i niedomagania każdej z
nich. Staje się w ten sposób wybrednym smakoszem i koneserem
gotowym wszystkie aspekty kościelnego życia ocenić i skrytykować.
Bóg
nienawidzi marzycielstwa, bo ono czyni pysznym i pretensjonalnym. Kto
wymarzy sobie obraz jakiejś wspólnoty, ten żąda od Boga, od
bliźniego i od siebie spełnienia owego marzenia. Taki człowiek
wchodzi we wspólnotę chrześcijan jako żądający, wprowadza
własne prawo i według niego sądzi braci i samego Boga.
Człowiek
wiary ma wobec kościoła oczekiwania większe nawet niż marzyciel.
Pragnie bowiem nie tylko „prawdziwie braterskiej” atmosfery i
takich samych relacji. Oczekuje ponadto, że będą one trwałym
owocem czegoś znacznie bardziej doniosłego: społeczności w
Prawdzie. W przeciwieństwie do marzyciela człowiek wiary potrafi
jednak odróżnić to, co jest niewidzialną istotą
chrześcijańskiego braterstwa, od tego, co jest jego widzialnym
owocem. Pragnie owocu, ale w odróżnieniu od marzyciela jest gotów
na ten owoc ciężko pracować i długo czekać. Jest gotów na „siew
we łzach” w nadziei radosnego żniwa (Ps 126).
Wiara
jest czynna w miłości (Gal 5,6). Miłość objawia się w
działaniu, a zatem wiara jest czynna w działaniu. Dostrzegając
braki kościoła szuka sposobności, aby je usunąć, dostrzegając
potrzeby próbuje je zaspokoić. Parafrazując Kennedy'ego człowiek
wiary, w przeciwieństwie do marzyciela nie pyta, co kościół
powinien zrobić dla niego, tylko co on może zrobić dla kościoła.
Wiara rodzi wytrwałą służbę i cierpliwe oczekiwanie owocu. Wiara
jest szczepionką przeciwko zniechęceniu, kieruje bowiem wzrok na
to, co niewidzialne i pełne chwały (Hebr 11).
Choć
wiarę i marzycielstwo dzieli przepaść, żaden prawdziwy
chrześcijanin, pomimo, iż jest człowiekiem wiary, nie jest
całkowicie wolny od marzycielstwa. Ono jest jak nowotwór, który
rozrastając się „pożera” i wyniszcza zdrową tkankę. W każdym
z nas zdrowa wiara i marzycielstwo toczą walkę, jak dwa wilki z
piosenki „Lux Torpedy”: Wygrywa ten, którego karmisz.
Marzycielstwo
karmi się cielesnymi wyobrażeniami i złudzeniami, a przede
wszystkim rozczarowaniem, które przynoszą. Pielęgnując w sobie
życzeniowy
obraz pobożnego towarzystwa pogrążamy
się coraz bardziej w marzycielstwie, które czyni nas bezużytecznymi
i bezowocnymi dla Chrystusa.
Wiara
rodzi się ze słuchania Słowa (Rz 10,19) i karmi się Słowem.
Patrząc na kościół przez okulary Słowa zobaczysz go takim jakim
jest, pełnym chwały Miastem Boga, pomimo przejściowo niedoskonałej
postaci. Zachowaj ten obraz w pamięci. Spojrzenie z właściwej
perspektywy zaowocuje właściwą postawą, gotowością do służby
i miłością do braci.
Każdy
chrześcijanin przeżywa w swoim życiu niejedno rozczarowanie
kościołem. Jest ono nieuchronnym wynikiem konfrontacji biblijnych
standardów z rzeczywistością. Kościół nie dorasta do tego czym
jest. Alfred Loisy pisał w sposób nie pozbawiony ironii: „Jezus
zapowiadał królestwo Boże, a pojawił się kościół.” Jednak
zdaniem C.S Lewisa to rozczarowanie ma służyć przejściu „od
marzycielskich aspiracji do pracowitego działania.” Stanie się
tak, jeśli w Twoim życiu wiara weźmie górę nad marzycielstwem.
(Fragmenty pisane kurysywą to cytaty z książki D. Bonhoeffera Życie wspólne, którą gorąco polecam)
(Fragmenty pisane kurysywą to cytaty z książki D. Bonhoeffera Życie wspólne, którą gorąco polecam)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
